czwartek, 21 października 2010

Złota myśl Skrzata: "Dajcie spokój..."

 Czytam gazetę. Jak zwykle jest tam coś, co sprawia, że robi mi się smutno. To nasza domena. Smutek i kropka. PL

 Dzisiaj wychodzi na to, że im bardziej się nie żyje, tym ma się więcej do powiedzenia. 

 Żyjący więc, w naszej rzeczywistości muszą liczyć się z całkowitą deklasacją przez tych, którym powinno być już wszystko jedno, oraz w następnej kolejności przez zwierzaki w potrzebie, albo idące właśnie "za potrzebą". Potem dopiero w hierarchii miejskiej jesteśmy my.

Wobec takich priorytetów we Włochach ( nie zagranico ) boiska nie będzie! / polecam przeczytać /

Jak wiadomo cisza i spokój to to, co zmarłym potrzebne jest najbardziej. Co poniektórym jeszcze potrzeba do szczęścia pomnika. Ale to już inna kwestia.

I tak chodząc po mieście musimy się wpasować gdzieś pomiędzy psie kupy i miejsca pamięci, czyli żyć stąpając lekko i uważnie.


Z całym szacunkiem dla tych, którym się należy... Z takim podejściem radnych trudno spaceruje się po Warszawie. Gdzie się nie spojrzeć, depcze się nieświadomie czyjąś godność.
 Robię nierozważny krok...





No i macie...




- I z wzajemnością...


 ...odpowiadam kościom.




środa, 20 października 2010

umeblowienie jako metafora ludzkiego losu

 Kiedy byłam młodym Skrzatem wymyśliłam, że zostanę architektem.  Chodziłam na zajęcia, gdzie Pan uczący rysunku, wielki artysta pośród korepetytorów ( niemal równie uzdolniony i dumny jak sprzedawca w sklepie muzycznym ) wpajał nam jaka to Ikea jest straszna. Miał facet rację, bo skoro sami mieliśmy zostać równie wielkimi artystami i któregoś dnia projektować supermarkety i chłodnie, należało z wyższością nauczyć się gardzić tym, jakim średniactwem świat stoi.


Typowa droga przez życie polskiego "szareckiego":

Jako dziecko- plastikowe zabawki.
Jako dorosły- meble z Ikei,
Jako staruszek- zakupy w Biedronce.

Mieliśmy być ponad.

No, a wiadomo, na którym etapie się ze Zbójem  znajdujemy.
Oto szwedzki koncern pomysłowo i kolorowo umebluje nam nasze nowe Wynajmowane M i da dzieciom namiastkę raju, przy całej ich nieświadomości, jak bardzo przeciętne jest to, co dostają.

I będzie pięknie.

Z obecnego mieszkania w dniu przeprowadzki wywalimy większość sprzętów. Równo w święto zmarłych okaże się, które meble z Ikei nie przeżyły próby czasu.

Pierwsza już wyprowadza się komoda dzieciaków. Jeszcze dwa tygodnie jej zostały, a ona już się przenosi w kierunku śmietnika.

 Nie mówię o tym, że po raz kolejny wypadły dna szuflad, mimo konsekwentnego ich oplastrowywania taśmą samoprzylepną.
Dzisiaj odleciał front szafki.
Wyłamała się prowadnica.
Wypadła z otworu śruba zostawiając rozerwaną dziurę po gwincie.

Szmaty zwisają jak wyprute flaki.
Metafora naszego stanu posiadania.

Siedzę i patrzę na tą kupkę nieszczęścia. Nie wiem nawet, czy Zbój to jakoś na nowo skleci.




Wobec tego,  kochane dzieci, do czasu przeprowadzki wasze ciuchy trzymamy w kartonowym pudle... albo worku na śmieci. ;-)

wtorek, 19 października 2010

czy to nie ironia?

 Bylismy w ZOO. Dostalismy tam kolejną lekcję prozy życia.



 Niektórzy wolą uważać, że takie przypadki mają wyższy cel. Dla mnie to tylko straszna ironia. Dziobaty żart jakiegoś okrutnego ptasiego boga.

Biedak.

Ze współczuciem pochylam się nad jego bezbarwnym losem... Bo co powiesz na takie życie, kiedy mogłeś być rajskim królem...




...a urodziłeś się pawiem... albinosem.



poniedziałek, 18 października 2010

złe wybory

 Coś jest ze mną na serio nie tak.

Kiedy przychodzi do wyboru jedzenia w miejscu publicznym, łapię totalną umysłową blokadę. Zaczynam z rozmachem jak Marlon Brando: mam ochotę na większość dostępnych rzeczy. Finalnie rozważam kilka równosmacznych propozycji, biję się chwilę z myślami i spychaną do nieświadomości skłonnością do hedonistycznego maksymalizmu smaku i słodkości, i... jak jakiś głupek, kulinarny purytanin wybieram najgorszą opcję.

 Jak bym zjadła to ten z masą karmelu taki bardzo słodki, albo ten czekoladowy taki też bardzo słodki... w środku stoi marchewkowy, niesłodki, wydląda nieźle. Ach, jaką mam ochotę na te dwa pozostałe... Aaa, co robic, co robic? Jakie one pyszne, chyba czekoladowe! Nie, nie, wezmę karmelowe!... zdecydowałam:


-To poproszę cze... marchewkowe!
- Marchewkowe raz!

/ O nie... za późno... Ty głupku!  Karzę się sama w myślach  /

Zbój bierze czekoladowe. Nie lubi słodyczy. Na ogół. Teraz siedzi i je ze smakiem i bitą śmietaną. Zajada moje ciasto! To powninno być MOJE CIASTO. Słodkie, czekoladowe, pyszne i na ciepło.

- Jak twoje marchewkowe? Zimne, co?
-...








- Zbóóóój... A chcesz się zamienić, przecież nie lubisz słodyczy?
-  Skrzacie, kocham Cię, ale... NIE!


piątek, 15 października 2010

lekko nieaktualne, ale niusy!

Ah, zapomniałam. Mam niusa! Równo 2 miesiące temu wzięliśmy ze Zbójem ślub.





Teraz jestem Pani Zbójowa.
Wżeniłam się w widoczną w nazwisku tradycję pasania kopytnych, z artystycznym zacięciem.

 Postawiliśmy na  ślubną nonszalancję dla maksymalizacji spontanicznej radości i minimalizacji stresu.

Aby nie obrażać tradycjonalistów brakiem sakramentalnego weselicha zrobiliśmy akcję z lekkiej zaczajki. Pierwszy plan nie przewidywał gości, ale od słowa do słowa uzbierała nam się super grupka spontanolubnych indywiduów.

Ogólnie jednak postanowiliśmy nie zapraszać staroci, a już prastaroci to w ogóle.


Dlatego kiedy po fakcie babcia zorientowała się, że coś ją ominęło zapytała się ( ale bez urazy ):

- No, ale przecież byś mnie nie wygoniła?
- Yyy...




Ci co nas znali, tego się spodziewali.  Koszulka "dark personality" i szampan na moście w drodze z buta na miasto. Fajnie było :-)

czwartek, 14 października 2010

dorastanie



 Okazuje się, że nieodzownym elementem dorastania jest wyzbycie się złudzeń co do nadmiernej metafizyki rachunków prawdopodobieństwa.


 Minął prawie rok. A-ha wg Ejka już nie jest A-hą, a Pymonkiem. Wydoroślał. Jego filozofia również przeszła ewolucję. Tak samo jak technika lotów z kanapy, pamiętacie je?


I tak, jeżeli kiedyś towarzyszyła im domniemana refleksja na temat 5 aspektów dobrego skoku, to teraz zastąpiła je nowa doktryna.

Poprzedza ją matematyczna kalkulacja ryzyka kontuzji. Nie jest to chyba zbyt wysoka liczba.

 Pymonek ma teraz nową oświeconą filozofię: Hulaj dusza, piekła nie ma...

 a wygląda to tak:




Jak sam zostanie rodzicem nauczy się nowych obliczeń. Tabliczki mnożenia poczucia zagrożenia. Podzielić przez "ty głupku, sam kiedyś byłeś dzieckiem". Równa się: "A niech skacze"...


Plus minus... a niech skacze...

środa, 13 października 2010

nie chcę, nie umiem, poddaję się

Nie umiem już nic rysować. Składam samokrytykę. Usprawiedliwiam własne lenistwo.

Miałam kilka pomysłów, na moje skrzacie przechwałki. Kolejną porcję absolutnie słusznych poglądów na wszystko.

 Co ja tu w ogóle robię? Udaję, że żyję.


...


 Na osłodę B. Polch, który znowu chce wrócić z nowymi odcinkami Funky Kovala. Nie żebym miała bezczelność się do niego porównywać. Po prostu czasem lepiej już nie wracać z zaświatów.


To o mnie. ;-)

środa, 16 czerwca 2010

Pan Mama

Nie chcę przesądzać, że jest to wyraz jakiejś transgenderowej tolerancji wdrukowanej w moje dzieci... ale ulubioną zabawą moją i Ejka jest:

 "Ratuj PAN MAMA!"...

Pan Mama przy tym ma mówić grubym głosem, chodzić jak prawdziwy kafar, udawać, że ma wąsa i brodę... no i jak każdy superbohater ratować dziecko z każdych opresji...
Licząc mnie i Zbója to już są dwie pary silnych ramion i mocnych pleców w rodzinie...

Nie ma jak mieć w życiu Pana Tatę i Pana Mamę ;-)





Niestety zabawa w cienkomówiącą Panią Tatę w wykonaniu Zbója jakoś na razie wzbudza krzyk protestu. Popracujemy nad tym...